|
12-13.04.2007
Postanowiliśmy poznać zalety i wady podróżowania po Jemenie samochodem. Nasi współlokatorzy mieli już takie doświadczenie (Arek przejechał
samochodem już 5 tysięcy kilometrów po tym kraju) i gorąco zachęcali nas do wspólnej wyprawy. Podstawowa zaleta podróżowania samochodem to
niezależność czasowa, w tym brak konieczności częstego zmieniania środka lokomocji, wygoda i swoboda decyzji co do kierunku jazdy. Główna
wada to oczywiście koszt wynajmu samochodu - my zapłaciliśmy 90 dolarów za 2 dobry (jechaliśmy w czwórkę, więc 22,5 dolara na osobę). Pojazd:
Toyota Corolla. Z wynajęciem samochodu nie ma w Sanie problemu, wystarczy ksero paszportu, do wyboru jest kilka wypożyczalni. Ciekawostka -
nikt w Jemenie nie sprawdza prawa jazdy. Tak naprawdę to można go w zasadzie nie mieć.
Zdarzało nam się już jechać przez góry, ale komunikacją publiczną, więc mieliśmy wówczas spore problemy z robieniem zdjęć. Tym razem postanowiliśmy
wykorzystać sytuację, w której sami decydujemy gdzie się zatrzymamy i ponownie przemierzyć dwie bardzo malownicze trasy swobodnie
używając aparatu fotograficznego. Zaplanowana trasa: Sana - Al-Hudajda - Zabid - Mokka - Taiz - Sana. Postanowiliśmy ponownie zawitać do
Mokki ponieważ rozważamy wyprawę do Etiopii, a prom z tego miasteczka jest tańszą, chociaż bardziej meczącą alternatywą dla samolotu.
Informacji na temat kursowania promów ani cen nie ma w internecie, nie mogliśmy też dotrzeć do stosownego numeru telefonu.
Dzień wcześniej załatwiliśmy nieodzowne pozwolenia na podróżowanie po Jemenie i zarezerwowaliśmy samochód. W czwartek rano, pierwszego dnia
muzułmańskiego weekendu, stawiliśmy się w wypożyczalni (notabene sąsiadującej przez płot z polską ambasadą) i już przed godziną dziewiątą
pędziliśmy po Sanie w kierunku trasy wylotowej na Al-Hudajdę, wzbudzając ogromne zaskoczenie mijanych przez nas kierowców i przechodniów.
Arek jeździ już prawie jak Jemeńczyk, także poszło nam to bardzo szybko dzięki zawrotnym manewrom na wielopasmowych alejach i
skrzyżowaniach. Na punkcie kontrolnym przy wyjeździe ze stolicy żołnierz ze zdziwieniem zapytał tylko "Bez przewodnika?" i mogliśmy zacząć naszą
wycieczkę.
Tuż za Saną (leżącą około 2300 m.n.p.m.) droga zaczęła ostro piąć się w górę. Prawdopodobnie dzięki temu, że był weekend, dość sprawnie i szybko
udawało nam się pokonywać kolejne górskie serpentyny. Niewątpliwie nie była to trasa dla osób z chorobą lokomocyjną...
Mieliśmy zadanie specjalne na tej trasie. Otóż Arek i Ela dowiedzieli się od pewnej Polki także studiującej w Jemenie, że gdzieś w górach, mniej więcej
60 kilometrów za Saną, jest tajny sklepik, w którym można zakupić alkohol... Oczywiście zupełnie nie oznakowany, ukryty w jednej z wiosek.
Posiadaliśmy tylko jedną wskazówkę jak go odnaleźć: niedaleko od niego stała tablica informacyjna wskazującą, że do Sany jest 60 kilometrów.
Problem polegał na tym, że my podróżowaliśmy w przeciwnym kierunku i musieliśmy się oglądać szukając owej tablicy. W końcu była - w 3/4
zaklejona wyblakłymi plakatami prezydenta republiki tak, że napisu "Sana" nie było widać, ale na szczęście widoczne było "60 km". W pobliżu
faktycznie była wioska, do której się udaliśmy. Kiedy powoli przejeżdżaliśmy koło jej zabudowań, jeden z mężczyzn stojących na poboczu zamachał
ręką. Niepewnie podjechaliśmy i zapytaliśmy: "wejn dukkan?" (gdzie jest sklep?). Mężczyzna zapytał z dziwnym uśmiechem "Jaki sklep?" i już
wiedzieliśmy, że to tu. Ela z Arkiem udali się na tyły niepozornego budynku, gdzie mieściła się klitka wielkości
nie więcej niż 4 metrów kwadratowych.
Mała puszka piwa Heineken kosztuje tam 500 rijali (7,5 zł.), dużo bardziej opłacalny był zakup dużej butelki wódki, która kosztowała 2500 rijali
(37,5 zł.). Dodatkowo można tam było kupić marihuanę... Tak na marginesie - oczywiście produkcja i handel alkoholem są w Jemenie zakazane.
Można je zakupić jedynie w dużych hotelach, do których zaglądają zagraniczni turyści oraz lokalach prowadzonych przez półświatek powiązany
z władzami (bez ich wiedzy nic takiego nie mogłoby mieć miejsca). Np. w Sanie funkcjonuje tzw. "rosyjski pub", gdzie sprzedawany jest bardzo
drogi alkohol i gdzie bawią się obcokrajowcy. Przy wejściu do niego stoi kilku ochroniarzy z karabinami. Oczywiście działa on za wiedzą wysoko
postawionych urzędników państwowych, którzy czerpią z tego znaczące korzyści. W Jemenie krążą plotki, że sam prezydent jest mocno uzależniony
od alkoholu, stąd sam przymyka oko na działalność tego typu punktów...
Załadowaliśmy cenny towar do bagażnika i ruszyliśmy w dalszą drogę. Przed nami rozpościerała się jedna z głównych atrakcji naszej wyprawy - góry
Haraz w rejonie miejscowości Manacha. Potężne masywy górskie z rozsianymi na ich szczytach kamiennymi wioskami prezentowały się
imponująco, byliśmy na wysokości mniej więcej 3 tysięcy metrów. Kiedy tylko zakończy się pora deszczowa, wybierzemy się tutaj na piesze
wędrówki, na razie jednak musieliśmy zadowolić się panoramą rozciągającą się z okien samochodu.
Po kilkunastu kilometrach zaczęliśmy opuszczać wysokie partie gór i stopniowo wjeżdżaliśmy w bardzo długą dolinę (wadi), początkowo suchą i
niegościnną, a w dalszej części, kiedy zbliżała się ona już do nizinnej Tihamy, coraz bardziej zieloną, z płynącą wartkim strumieniem rzeką zamuloną
wodami spływającymi z gór. To jeden z ważniejszych w Jemenie obszarów upraw owoców, przede wszystkim bananów i mango. Niestety nie były jeszcze
dojrzałe i nie mogliśmy ich spróbować prosto z drzewa... W dolinie tej radykalnie odczuliśmy zmianę klimatu. Dociera już tutaj gorące powietrze z Tihamy i skwar
był tak ogromny, że w pewnym momencie poddaliśmy się i przestaliśmy wycierać pot z twarzy. Wcześniej w górach było znacznie chłodniej, tylko
nieco powyżej 20 stopni.
Kolejna zmiana nastąpiła w architekturze. W dolinie pojawiły się charakterystyczne dla Tihamy zabudowania z trzciny, wcześniej dominowały
kamienne budynki typowe dla jemeńskich gór. No i ludzie. Od tysiącleci na jemeńskie wybrzeża Morza Czerwonego przybywała czarna ludność
Afryki. Także dzisiaj spotkamy tutaj osoby o niemal całkowicie czarnej karnacji, chociaż mówiące językiem arabskim. Imigranci przynieśli tutaj
także swoje zwyczaje i styl życia, widoczny chociażby w postaci chatek z trzciny, czy większej swobodzie kobiet, które często noszą kolorowe ubrania,
nie zasłaniają twarzy, a nawet podchodzą i rozmawiają z nieznajomymi. Niestety po drugiej wizycie w Tihamie możemy potwierdzić: są oni także
mniej serdeczni i gościnni niż Arabowie z gór czy Sany. Rzadko uśmiechali się do nas na powitanie, ich spojrzenia często były nieufne. W Sanie
np. bardzo rzadko zdarza się, żeby sprzedawca sklepu był oschły i o kamiennej twarzy, tutaj było to częste.
Góry skończyły się nagle. Za zakrętem zobaczyliśmy ostatnie dwa wierzchołki, a za nimi rozciągała się już znana z wcześniejszych
wypraw półpustynia. Miejscami jechaliśmy przez małe burze piaskowe, które zmuszały nas, pomimo ogromnego upału, do szczelnego zamknięcia
okien i wywietrzników, ponieważ pył wewnątrz samochodu był trudny do zniesienia. Teren był zupełnie płaski, porośnięty suchymi kępami trawy
i niskimi, suchymi krzewami. Dla podróżującego samochodem było to pewną zaletą: dobrej jakości szosa pozbawiona była zakrętów, co pozwalało
nam na swobodną jazdę ponad 140 km/h. Szybko więc dotarliśmy do Al-Hudajdy, największego miasta i portu na zachodnim wybrzeżu Jemenu.
Miasto jest nieciekawe. Typowa, modernistycza, arabska architektura, brak starego miasta. Jedyne co nam się spodobało, to spora ilość zadbanych
parków i skwerów w centrum, zjawisko bardzo rzadkie w Jemenie. Dość ciekawe jest także wybrzeże, z przyjemnym, bardzo długim deptakiem z
zadaszonymi miejscami do siedzenia. Jednak jedynym powodem, dla którego zajechaliśmy do Al-Hudajdy była chęć zjedzenia czegoś dobrego i taniego.
My jako wegetarianie zjedliśmy pyszne zestawy warzywne w jednym z lokali w centrum miasta, natomiast Arek i Ela mieli ochotę na owoce morza.
Pojechaliśmy więc na wybrzeże, a dokładnie na bardzo oryginalny półwysep długości 14 kilometrów, na którym było sporo lokali oferujących
świeże ryby i owoce morza. Właściciel już nas poznał, ponieważ Arek był tam po raz trzeci, a Ela drugi, więc z uśmiechem się przywitał i przyjął
zamówienie na krewetki. Stolik - bardzo oryginalny, umiejscowiony w tihamskiej chatce z trzciny nad brzegiem morza. Nie był to jednak całkowicie sielski
obrazek, nie możemy bowiem pominąć faktu, że jak na nasze europejskie normy było tam mało schludnie. Jako ciekawostkę podamy,
że nasi współtowarzysze zapłacili za kilogram przygotowanych na miejscu krewetek 1500 rijali, czyli około 22 złotych.
My w międzyczasie spacerowaliśmy
po półwyspie, z którego jednej strony rozciągał się widok na port w Al-Hudajdzie, z drugiej zaś była przyjemna plaża, na której nawet kilka osób
zażywało kąpieli. Byliśmy przy okazji świadkami tego, jak jemeńska rodzina wypoczywa nad morzem. Kiedy spacerowaliśmy, podjechał duży samochód
terenowy, z którego wysiadło pięć kobiet z czwórką dzieci. Wszystkie kobiety były mimo upału ubrane od stóp do głów w czerń, jedna z nich powliła
sobie potem na odrobinę luzu zdejmując zasłonę z twarzy. Podwinęły o odrobinę palta i brodziły w wodzie, taplając też w niej malutkie dzieci. W tym
czasie mężczyzna, który je przywiózł, siedział w samochodzie i uważnie obserwował, czy czasem ktoś nie spróbuje do nich podejść. Adzie udając, że
robi zdjęcie Błażejowi, udało się je sfotografować, co prezentujemy obok...
Z Al-Hudajdy wyruszyliśmy późnym popołudniem. Upał już nieco złagodniał, więc dalsza podróż była dość znośna. Pędziliśmy w kierunku południowym
do Mokki, zamierzając zatrzymać się po drodze we wpisanym na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Zabidzie. Miasteczko okazało się dość
interesujące, ale w zasadzie brak w nim zwartej zabudowy historycznej. Tym niemniej znajdujące się w nim zabytki warte są zobaczenia, zachowane są
ciekawe mury i bramy miejskie, meczety. Słynęło ono w przeszłosci jako wielki ośrodek akademicki, w którym jeszcze przed narodzinami Mieszka I i
powstaniem Polski studiowało 5 tysięcy studentów. Zwiedzanie przez nas miasta trwało jednak krótko, ponieważ jego mieszkańcy okazali się
wyjątkowo nachalni i dłuższy w nim pobyt nie byłby przyjemny.
Wkrótce po wyruszeniu z Zabidu zapadł zmrok. Teoretycznie jest to mało istotna uwaga, ale dla Europejczyków podróżujących samochodem po
Jemenie to duża ulga - nikt nie mógł nas rozpoznać wewnątrz pojazdu, dzięki czemu mogliśmy odpocząć od ciekawskich spojrzeń. W Mokce byliśmy
po ósmej i od razu zaczęliśmy szukać hotelu. Okazało się, że jest tylko jeden - "Funduk Ar-Raszid" i było to naszym nieszczęściem. Właściciel
okazał się wyjątkowo nieuprzejmy, zupełnie nie zareagował na nasz przyjazd, nawet nie wstał z krzesła i nie odpowiedział na standardowe "as-salam
alejkum". Okazało się, że nie ma 4-osobowych pokoi, możemy wynająć tylko dwa 2-osobowe, każdy po 3500 rijali, co jest w Jemenie ceną "z kosmosu",
przynajmniej za hotel tej jakości co Ar-Raszid. W dodatku pechowo tej nocy nie było w nim prądu, ale właściciel nie miał najmniejszej ochoty obniżyć nam
z tej okazji ceny - doskonale wiedział, że jego hotel jest jedynym w promieniu 60 kilometrów. Zdenerwowaliśmy się mocno na taki tupet, wsiedliśmy do
samochodu i pojechaliśmy z powrotem, w kierunku Taizu. Pytaliśmy po drodze o hotele i dowiedzieliśmy się, że funkcjonuje jeden w miejscowości Al-Balh,
60 kilometrów od Mokki.
Faktycznie był tam "hotel". O jego istnieniu dowiedzieliśmy się dopiero po zapytaniu jednego z lokalnych mieszkańców. Noclegowni nie zdobił żaden
napis, żadna reklama, a do wejścia, które znajdowało się na pierwszym piętrze budynku, prowadziły wąskie metalowe schody. W środku wyglądało to
jak kiepskiej jakości schronisko młodzieżowe, z wieloosobowymi salami do spania, w których przesiadywali sami mężczyźni. Znajdowało się tam także
coś w rodzaju dużej świetlicy, w której do późna grał telewizor, a oglądający go Jemeńczycy palili papierosy i żuli kat. Ale w rogu "świetlicy" znajdowała
się kotara, za którą było wejście do łazienki i niewielkiego pokoju z czterema łóżkami, czyli coś idealnego dla nas. Łazienka na szczęście była przeznaczona
tylko dla gości przebywających w tym pokoju, a nie dla pozostałych przybyszy. Cena - 1200 rijali, czyli 300 (4,5 złotego) na osobę.
Noclegu nie mogliśmy zaliczyć jednak do komfortowych. Pomimo otwartych okien i pracującego całą noc dużego, zawieszonego pod sufitem wiatraka,
upał był męczący. Do tego komary i inne gryzące owady. Jednych z nas pogryzły mocniej, innych mniej... Także pomimo zaledwie kilku godzin snu
obudziliśmy się sami przed szóstą. Wzięliśmy ponownie prysznic, aby odświeżyć się nieco po nocnym upale i wyruszyliśmy ponownie do Mokki.
Port odnaleźliśmy szybko. Wejście do niego było zamknięte, ale żołnierze przy bramie wjazdowej udzielili nam wszystkich potrzebnych informacji
na temat promów do Dżibuti. Pływają w wybrane dni tygodnia, nocą, bilet kosztuje 4-5 tysięcy rijali. Nie pływają jednak regularnie, dlatego dostaliśmy
numer telefonu osoby, która w razie potrzeby poinformuje nas o konkretnych terminach.
Postanowiliśmy odwiedzić najciekawsze miejsca na trasie wędrówki, którą Arek i Błażej odbyli parę tygodni wcześniej, tym razem samochodem.
Pojechaliśmy więc do elektrowni, gdzie kończyła się droga asfaltowa i dalej wzdłuż morza drogą gruntową. Przestrzeń, jaka się tam rozciąga, robi
duże wrażenie - z jednej strony bezkres Morza Czerwonego, z drugiej zaś płaskiej półpustyni... Pędziliśmy samochodem po ledwo widocznej
na piasku drodze, wychylając się z okien by znaleźć ochłodzenie w podmuchach wiatru. Podobnie jak Arek i Błażej parę tygodni wcześniej,
spotkaliśmy typowe dla Półwyspu Arabskiego zwierzątko - wielbłąda. Tylko że tym razem było to małe stadko, zajadające z apetytem suche krzaki
w pobliżu plaży.
Pobyt w chatce, w której poprzednio chłopcy spotkali Abdul Jahję, był niezapomnianym relaksem. Tym razem, dzięki posiadanemu samochodowi
mogliśmy pozwolić sobie na zebranie pamiątek z tego miejsca - wspaniałych wielkich muszli i wyrzuconych na brzeg fragmentów rafy koralowej,
które rozsiane były po całej plaży. Przez cały czas byliśmy tam sami, jedynie w oddali na morzu widać było pracujących rybaków.
Następnie wybraliśmy się do niezapomnianego Wadi Milh. Nasz przejazd przez wioskę zauważył jedynie pewien starszy mężczyzna, jednak kiedy
zaparkowaliśmy w gaju palmowym nad brzegiem morza, zbiegła się do nas spora gromadka dzieci. Były bardzo sympatyczne i radosne,
ubrane w kolorowe ubranka i chusty. Oczywiście oczekiwały podarunków (w całym Jemenie dzieci pytają o dwie rzeczy: pieniądze, po arabsku "fulus",
lub długopis - "kalam"; raz zdarzyło nam się, że chłopiec zapytał też o zeszyt - "daftar"), na szczęście Ela miała flamastry, długopisy i farbki do
malowania. Problem zaczął się, kiedy je wyjęła. Dzieci zaczęły dosłownie walczyć o wspomniane drobiazgi. Spodziewaliśmy się, że spokojnie każde
z nich weźmie po jednym długopisie i flamastrze, ale okazało się, że pewna sprytna dziewczynka zabrała całą paczkę... Pozostałe ganiały za nią
po plaży, szarpały i wrzeszczały na siebie nawzajem, ale oczywiście żadnej sprawiedliwości w efekcie tego nie było. W akcie desperacji... przyszły do
nas na skargę. Cóż mogliśmy poradzić... Najważniejsze, że każde dziecko coś trzymało w ręce. Zresztą po jakimś czasie uspokoiły się i pogodziły
ze swoim "przydziałem". Ela i Ada przystąpiły do tłumaczenia dzieciom, do czego służą akwarele, ponieważ dziewczynki z nadzieją zaczęły pytać, czy
można nimi robić makijaż... Nie było to łatwe, ponieważ dziecko, które je trzymało, początkowo nie chciało im przekazać farbek
w obawie przed utratą zdobyczy.
Pożegnaliśmy się z sympatycznymi maluchami i wyruszyliśmy w drogę powrotną do Sany. Kiedy opuszczaliśmy Tihamę i ponownie wjeżdżaliśmy
w góry, byliśmy zaskoczeni szybką zmianą warunków pogodowych. Poczuliśmy chłód, było nie więcej niż 20 stopni i zaczęło padać. Kiedy dojechaliśmy
do Taizu, po ulicach tego położonego w górach miasta spływały rwące potoki wody deszczowej. Ale za tym miastem, pomimo chłodu i padającego
deszczu coś nas urzekło: pierwszy raz zobaczyliśmy, że zbocza gór w Jemenie mogą się zazielenić... Może po zakończeniu pory deszczowej pojedziemy
tam jeszcze raz, zobaczyć inny obraz surowych, szarych zwykle masywów górskich.
Ostatni postój przed Saną zrobiliśmy w Ibb, dużym mieście położonym podobnie jak Taiz wśród zielonych gór. Posililiśmy się w znanym Arkowi i Eli
lokalu i krótko spacerowaliśmy po uliczkach Starego Miasta, bardzo zaniedbanego, ale jednak ciekawego i wyróżniającego się na tle innych starówek
w Jemenie architekturą i bielą budynków.
|

Górskie serpentyny na drodze z Sany do Al-Hudajdy

Okolice Manachy

Stacja benzynowa w górach

Widoki były imponujące...

Wioski na szczytach gór

Z gór wjechaliśmy do suchego początkowo wadi

Na plantacji bananowców...

Uprawa mango i bananów

Tihama była coraz bliżej...

Obecność wody i gorący klimat sprzyjają uprawom

Burza piaskowa w Tihamie

Al-Hudajda - w tym lokalu zakupiliśmy krewetki

Stoliki restauracyjne w Al-Hudajdzie

Podczas jedzenia krewetek

Plaża w Al-Hudajdzie

"Kąpiące się" muzułmanki

Hodowla wielbłądów

Osiołek to popularny środek transportu

W Zabidzie

Stary meczet w Zabidzie

Nasz pokój w "hotelu"

Wejście do noclegowni

Półpustynia nad Morzem Czerwonym

Pasące się wielbłądy
|