|
17-19.03.2007
Postanowiliśmy w końcu wybrać się na parę dni w góry. Obszary wysokogórskie (2000 - 3600 m.n.p.m.) zajmują praktycznie całą zachodnią część
Jemenu, za wyjątkiem wybrzeżnych nizin. Do wyboru jest naprawdę wiele kierunków, ale ponieważ nie znamy tych gór, zdecydowaliśmy się
skorzystać z porady przewodnika po Jemenie (Lonely Planet). Jego autor poleca na wyprawy górskie przede wszystkim dwa regiony: wokół miejscowości
Manacha (Manāḫa) przy trasie z Sany do Al-Hudajdy oraz region miasteczka Al-Mahwit (Al-Maḥwīt), około 120 kilometrów
na północny-zachód od Sany.
Wybraliśmy region Al-Mahwit, przede wszystkim dlatego, że po drodze do tej miejscowości mogliśmy przy okazji odwiedzić inne szczególnie polecane
miejsca: Szibam (Šibām; nie należy mylić go ze słynnym Szibam w Wadi Hadramawt), Kawkaban (Kawkabān) i Thula
(Ṯulāʾ). Wycieczkę zaplanowaliśmy na 3-4 dni, z czego jeden dzień chcieliśmy poświęcić samemu wędrowaniu po górach.
Nocować zamierzaliśmy w hotelach, które są w Jemenie dość tanie.
Pewnym problemem w podróżowaniu po Jemenie jest brak jednolitych, centralnych dworców, z których odjeżdżałyby autobusy do innych ośrodków.
Dlatego wyjeżdżając z Sany trzeba wiedzieć, w której części miasta znajdziemy odpowiedni środek transportu. Ponieważ małe rondo, z którego odjeżdżają
wieloosobowe taksówki do Al-Mahwitu, znajduje się na obrzeżach miasta, oczywiście nie trafiliśmy tam. Zamiast tego kiedy przechodziliśmy przez jedną z
wylotowych ulic miasta zawołał nas kierowca i zaproponował dojazd do Szibam. Po krótkim targowaniu się stanęło na 1500 rijalach za dwie osoby, co,
jak się później zorientowaliśmy, było ceną bardzo wygórowaną. No ale przynajmniej jazda była komfortowa, bo poza nami jechał tylko jeden pasażer.
W Szibam kierowca zawiózł nas prosto pod jeden z hoteli, gdzie postanowiliśmy przenocować. W tym miejscu należy się parę uwag na temat hoteli
w Jemenie. Niestety jeżeli chcemy nocować za dość niską cenę, musimy być przygotowani na mizerne warunki... Brud jest w zasadzie powszechny,
pokoje często nie są sprzątane po wcześniejszych wizytach. W naszym było pełno okruchów i resztek jedzenia. W skrócie: nie to, do czego jesteśmy
przyzwyczajeni w Polsce. Ale da się wytrzymać. Za nocleg zapłaciliśmy 2000 rijali, czyli około 30 złotych.
Zostawiliśmy w hotelu nasz bagaż i wyruszyliśmy na zwiedzanie Szibam oraz Kawkabanu. Krajobrazowo miasta te są ciekawe - Szibam jest położony
na płaskowyżu, 2500 m.n.p.m., u stóp masywu skalnego, na którego szczycie znajduje się Kawkaban (2900 m.n.p.m.). W zasadzie są to miasta
bliźniacze, co wynika z ich historii: Kawkaban był zawsze miastem-fortecą w którym chronili się mieszkańcy Szibam podczas oblężenia. Miasto w ciągu
wielu setek lat nigdy nie zostało zdobyte - prowadzi do niego tylko jedna, wąską ścieżka, którą z łatwością mogli ostrzeliwać obrońcy. Dopiero postęp
w technice wojennej sprawił, że w latach 60-tych XX wieku, podczas wojny domowej, miasto poddało się zmasowanym nalotom lotniczym, których
szkody, na nieszczęście dla turystyki, nie zostały naprawione do dzisiejszego dnia.
Samo Szibam strasznie nas zawiodło. Zarówno wszechobecne śmieci, jak i dziesiątki dzieci domagających się wręczenia bakszyszu. Nie spotkaliśmy
się z tym w Sanie. Ale wyjaśnienie przyszło szybko - Szibam i Kawkaban są na obowiąkowej liście miejsc do odwiedzenia wszystkich biur turystycznych
w Jemenie, z których usług korzystają zagraniczni turyści. Widzieliśmy ich sporo. Szybko chcieliśmy opuścić to miasto, więc dziarsko wspinaliśmy się
stromą ścieżką do Kawkabanu, przez około godzinę. Dopiero z góry przyjaźniej spojrzeliśmy na Szibam - leżące w dole miasto prezentowało się ciekawie, podobnie
jak rozległy płaskowyż. W oddali, u stóp innej góry, wdoczny był nasz kolejny cel - Thula.
Kawkaban musiał być niegdyś wspaniałym miastem. Niestety ślady bombardowań z lat 60-tych są widoczne i miejscowość jest w znacznym stopniu
w ruinach, nie widać żadnych oznak renowacji, dbałości o ulice, zaułki, budynki. Sprawia wrażenie bardzo zaniedbanego. Jednak architektura jest
ciekawa, surowe domy wykonane z jedynego dostępnego materiału - kamienia.
Wieczorem wróciliśmy do Szibam, chcąc następnego dnia jak najszybciej wyjechać do, jak mieliśmy nadzieję, znacznie ciekawszych miejsc. Mimo, że
wszystkie przewodniki po Jemenie polecają wizytę w Szibam-Kawkaban, nasza opinia jest następująca: wiele się nie straci pomijając te miasta.
Drugiego dnia rano pojechaliśmy taksówką do Thuli za 400 rijali. Trzeba uważnie przebierać w ofertach i nie korzystać w pierwszej lepszej - chwilę wcześniej
proponowano nam przejazd na tej trasie za 2000. To jakieś kilkanaście kilometrów od Szibam, po drugiej stronie płaskowyżu. Z Thuli wynieśliśmy
już zupełnie inne wrażenia - miasto jest bardzo ciekawe, osobiście czuliśmy tam wybitnie średniowieczny klimat. W przeciwnieństwie do
Kawkabanu, nigdy nie było zniszczone, budynki są w dobrym stanie, a miasto czyste i uporządkowane, z brukowanymi ulicami. Wszystko wykonane z
jednego materiału - kamienia. Zachowały się mury i główne bramy miejskie. Do tego po uliczkach chodzi niewielu tubylców, wiele z nich jest pustych.
Niestety mieszkańcy, a w szczególności dzieci, nauczyli się zarabiać na turystach proponując swoje przewodnictwo po miasteczku i okolicy za
zdecydowanie wygórowane ceny.
Po południu postanowiliśmy wyruszyć do Al-Mahwitu, odległego o około 80-90 kilometrów. Niestety z Thuli nie było bezpośrednich, tanich taksówek
wieloosobowych i jeśli chcielibyśmy trochę oszczędzić, musielibyśmy pojechać najpierw do Szibam. Szkoda nam jednak było czasu i ponownego
oglądania tego nieciekawego miasteczka, więc zapłaciliśmy dość dużo (2500 rijali) za samochód tylko dla nas dwojga. Była tego spora zaleta -
mieliśmy pełną swobodę robienia zdjęć, kierowca zwalniał na interesujących nas odcinkach.
Regiony Szibam-Kawkaban i Al-Mahwit to całkowicie odmienne obszary górskie. W pierwszym z nich dominuje rozległy płaskowyż, otoczony przez
dość wysokie, ale płaskie na szczytach góry, sprawiające wrażenie jakby je Allah uciął w połowie. Kiedy jechaliśmy w kierunku Al-Mahwitu, krajobraz
zaczął się stopniowo zmieniać, góry zdecydowanie wypiętrzyły się, miejsce płaskowyżu zajęły mniejsze i większe doliny. Od miejscowości
At-Tawila (Aṭ-Ṭawīla) widzieliśmy już wyłącznie coraz bardziej wypiętrzone szczyty, wśród których rozsiane były malownicze
miejscowości o charakterysycznej architekturze. Zbudowane są one z kamienia pobranego z okolicznych gór co sprawia, że czasami są z daleka
praktycznie niewidoczne.
Przejechanie tych 80-90 kilometrów zajęło nam ponad dwie godziny, po części dlatego, że droga była bardzo kręta a podjazdy momentami zbyt
strome dla gruchota, którym jechaliśmy, a po części dlatego, że nasz kierowca był wielkim smakoszem katu i kilkukrotnie zatrzymywał się aby sprawdzić
jakość tego zielska sprzedawanego przez przydrożnych sprzedawców. Przy tej okazji byliśmy też świadkami prawdziwego jemeńskiego
targowania się. Podczas ustalania ceny z małym chłopcem (około 8-letnim), trzykrotnie odjeżdżaliśmy już samochodem, aby ponownie wrócić do
upartego malucha. Wszystko rozbijało się o zaledwie 50 rijali (około 75 groszy). Jedno nam zaimponowało - nasz kierowca, mimo że miał do
czynienia z 8-letnim bosym chłopcem, nie próbował go ani razu oszukać i np. odjechać nie zapłaciwszy. Wielokrotnie już byliśmy świadkami
tej uczciwości Jemeńczyków, którzy uwielbiają się targować, ale zawsze uczciwie i zawsze zastosowując się do ustalonej ceny.
Przy tej okazji warto wspomnieć jeszcze o jednej ciekawostce, dotyczącej stosunków damsko-męskich w Jemenie. Jeden z chłopców (6-latek)
sprzedających kat nie był sam. Jakieś 30 metrów za nim, za dużymi przydrożnymi głazami stała jego matka, ubrana od stóp do głów w czerń i
nadzorowała proces targowania się. Sama, ze względu na miejscowe obyczaje, nie mogła stać przy drodze i osobiście targować się z mężczyznami.
Widzieliśmy tylko jej głowę i znaki jakie dawała dziecku: czy ma już zaakceptować oferowaną cenę, czy też nie. Nasz kierowca, lekko już zirytowany
targowaniem się, zwrócił się w końcu bezpośrednio do niej, ale nie usłyszał odpowiedzi. W końcu, po 15 minutach dyskusji z chłopcem, której
my przyglądaliśmy się z zaciekawieniem, odjechał nie dobiwszy targu...
Al-Mahwit nie jest bardzo ciekawą miejscowością samą w sobie (chociaż posiada ładną, położoną na stromym zboczu niedużą starówkę), ale
widok jaki się z niej roztacza jest naprawdę przepiękny. Dzięki temu, że jest ona położona na zboczu góry, z niemal każdego punktu miasta widać
leżącą niżej dolinę i rozciągające się za nią potężne góry. Ponieważ było już późne popołudnie nie wybraliśmy się w dłuższą wyprawę, ale już widoki
o zmierzchu z samego Al-Mahwitu wywarły na nas duże wrażenie.
Przenocowaliśmy w hoteliku w samym centrum miasta (podobnie jak w Szibam za 2000 rijali), gdzie podobnie jak w poprzednim było niezbyt czysto
i schludnie, no ale to w końcu tylko kilka godzin snu... Wcześniej zjedliśmy coś w miejscowej "restauracji" (fasuliję i ful) i niestety prawdopodobnie
ten posiłek był przyczyną skrócenia naszej wycieczki, ponieważ Ada dostała typowego zatrucia pokarmowego i następnego dnia nie było mowy o
całodniowej wyprawie w góry. Wcześniej już wielokrotnie spożywaliśmy posiłki w lokalach i nie mieliśmy do tej pory problemów, ale przy dłuższym
pobycie w kraju arabskim, ze względu na odmienną od naszej florę bakteryjną uniknięcie zatrucia jest niestety dość trudne. Wszyscy nasi
współlokatorzy mieli je już za sobą i w tej chwili tylko Błażejowi udaje się jakoś wytrwać bez problemów żołądkowych...
Podczas powrotu do Sany poznaliśmy ile naprawdę przepłacaliśmy za dotychczasowy transport. Otóż przejazd w wieloosobowej
taksówce z Al-Mahwitu prosto do stolicy kosztuje tylko 500 rijali od osoby... W centrum Al-Mahwitu, skąd odjeżdżają taksówki, byliśmy świadkami
ciekawego wydarzenia. Otóż na miejscu było kilka pojazdów gotowych do odjazdu do Sany i ich kierowcy zaczęli gwałtownie sprzeczać się o to, który
z nich zawiezie nas na miejsce. Dwóch z nich prawie się pobiło, kierowca, który był już na przegranej pozycji, chciał nawet "zmusić" nas do zmiany pojazdu
próbując wyciągnąć nasz plecak i przenieść do swojego samochodu. Przy okazji oczywiście zebrał się tłum ludzi, którzy, co ciekawe, również uczestniczyli
w licytacji mimo, że nie byli kierowcami. Na koniec zażartowałem, mówiąc do zawiedzionego kierowcy, że kiedy "in sza Allah" następnym razem
przyjedziemy do Al-Mahwitu, na pewno skorzystamy z jego usług. Wywołało to salwę śmiechu wśród zebranych mężczyzn i nieco rozluźniło atmosferę.
Późnym popołudniem byliśmy już w Sanie, czując się, jakbyśmy wrócili do domu. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego miasta, jego mieszkańców
no i oczywiście mieszkania. Dzieci na ulicy wreszcie nie wołały o bakszysz. Szibam, Kawkaban, Thula - jedna wizyta w tych miejscowościach na pewno
wystarczy, ale o wyprawie w góry w okolicach Al-Mahwitu cały czas myślimy... Może jeszcze będzie okazja wybrać się tam ponownie.
|

Tuż po wyjeździe z Sany zaczęły się góry i malownicze miasteczka

Takie wieloosobowe taksówki kursują pomiędzy Saną a Al-Mahwit

Kucharz hotelowej restauracji w Szibam

Górska ścieżka z Szibam do Kawkabanu

Widok na Szibam i okoliczny płaskowyż

Podczas spacerów po Kawkabanie widać ślady dawnej świetności miasta

Kawkaban jest położony na szczycie góry dominującej nad okolicą

Centrum Kawkabanu

Ruiny murów obronnych Kawkabanu; w tle typowe dla tego regionu góry

Starożytne mury miejskie w Thuli zachowały się w dobrym stanie

Kobieta na jednej z uliczek Thuli

Typowa dla Thuli zabytkowa architektura

Thula

Uliczka w Thuli

Mieszkaniec Thuli
|