Strona główna | Sana | O stronie i autorach | Wieści z Jemenu | Tihama | Sokotra

Wyprawa do Etiopii


13.05-24.05.2007

Oczekiwania co do Etiopii mieliśmy bardzo duże, jak się później okazało - przesadzone. Uprzedzimy dalszy ciąg opowieści i przyznamy na wstępie, że kraj ten mocno nas zawiódł... Szukając w internecie informacji o Etiopii natraficie na szereg relacji, które generalnie bardzo ją zachwalają, nasza jednak będzie w tym względzie wyjątkowa. Pierwsza rzecz - spodziewaliśmy się wspaniałych krajobrazów, tymczasem Wyżyna Abisyńska na większości swego obszaru przypomina... nieco pagórkowate Mazowsze. Byliśmy wysoko nad poziomem morza, ale był to raczej płaskowyż (przypomnimy tylko, że Wyżyna Abisyńska to 3-4 tysięczne góry), praktycznie nie odczuwaliśmy, że znajdujemy się w górach. Lasów także niestety jest niewiele, dominują pola uprawne i olbrzymie pastwiska (nigdy jeszcze nie widzieliśmy takiej ilości pasącego się bydła). Są oczywiście fascynujące krajobrazowo miejsca, ale aby do nich dotrzeć trzeba pokonać setki kilometrów. Musimy jednak zaznaczyć, że nasza relacja dotyczy jednak tylko północnej części kraju, południe Etiopii znacznie różni się od północy.

Najbardziej jednak w Etiopii zawiedliśmy się na ludziach... Musimy podkreślić: zdecydowana większość mieszkańców tego kraju to ludzie życzliwi, serdeczni i wiodący spokojny żywot w wioskach i małych miasteczkach. Jednak biały turysta gdziekolwiek się nie zjawi jest natychmiast otaczany przez chmarę nachalnych naciągaczy, oszustów, pseudo-przewodników, amatorów szybkiego seksu. Oczywiście w różnych miejscach doświadcza się tego z różnym nasileniem, a w miejscach, do których turyści nie docierają można nawet czasami od tego zjawiska odpocząć, ale jest to po prostu koszmar. Siłą rzeczy cały czas porównywaliśmy to z Jemenem i wkrótce zaczęliśmy tęsknić za tym tradycyjnym, arabskim krajem... Nie dawaliśmy się naciągać, ostro walczyliśmy o swoje, zdecydowanie przeganialiśmy nachalnych "pomocników" i po jakimś czasie najczęściej byliśmy od nich wolni, ale konieczność robienia tego codziennie, czasami włącznie z agresywnymi zachowaniami i koniecznością wzywania policji, skutecznie pozbawiała nas radości z podróżowania po tym kraju. To tyle słowem wstępu...

Lot z Sany do Addis Abeby był przyjemny i krótki - około 2 godzin. Podczas podchodzenia do lądowania z zapartym tchem patrzyliśmy na coś, czego po kilku miesiącach pobytu w Jemenie szczególnie nam brakowało: na zieleń. Przede wszystkim pól, ale gdzieniegdzie widzieliśmy także niewielkie skupiska drzew. Niezwykłej malowniczości dodawały także dachy tradycyjnych, okrągłych chatek z trzciny, które z góry wyglądały jak małe grzybki... Lotnisko w Addis jest duże i nowoczesne, zaskakuje w tym bardzo ubogim kraju. No ale jest "oknem na świat" państwa będącego mocarstwem regionalnym i aspirującego do czołowej roli w skali całej Afryki. Wystarczy dodać, że właśnie w Addis Abebie znajduje się siedziba Organizacji Jedności Afrykańskiej.

Odprawa paszportowa przebiegła bardzo sprawnie. Wizy wydawane są w ciągu 5 minut, kosztują 20 dolarów, nie potrzeba do nich żadnych zdjęć ani innych dokumentów. Wkrótce więc, w dobrych humorach, znaleźliśmy się na zewnątrz. Od razu odczuliśmy zmianę klimatu - wilgoć, zapach zieleni, umiarkowaną temperaturę. Po prostu... jak w Polsce! Po upalnym i suchym Jemenie było to wspaniałe odczucie.

Czytaliśmy wiele relacji z podróży po Etiopii, które znaleźliśmy w internecie, więc byliśmy przygotowani na to, że wkrótce ktoś będzie próbował nas naciągnąć, ale nie spodziewaliśmy się, że nastąpi to tuż po wyjściu z lotniska. Naprzeciw znajdował się duży parking, na którym stały taksówki oraz małe minibusy, gotowe zabrać przybyszów do centrum miasta. Ponieważ taksówka była dla naszej piątki zbyt mała, chcieliśmy pojechać busem. Kierowca rzucił cenę: 100 birrów (3 birry = 1 złoty) za przewiezienie do centrum. Zaczęliśmy się śmiać, ale nie chciał mniej niż 60 birrów. Zarzuciliśmy plecaki i poszliśmy sami drogą w kierunku miasta, widocznego w oddali. Po opuszczeniu terenu lotniska doszliśmy do ruchliwej estakady, pod którą był postój minibusów miejskich. Natychmiast pojawiło się kilku "pomocników" znających angielski i zapytało, gdzie chcemy jechać. Jeden z nich zaprowadził nas do pobliskiego busa, którego kierowca zaproponował nam kurs za... 100 birrów. Wokół stało kilka, częściowo już zapełnionych podobnych pojazdów, których pasażerowie z ciekawością obserwowali, co zrobimy. My tymczasem, nieco już zdenerwowani, weszliśmy do innego pojazdu i wkrótce jechaliśmy przez Addis Abebę płacąc za bilet 1 birra 20 centów od osoby.

Zaczęliśmy poszukiwania niedrogiego hotelu. Opieraliśmy się na relacjach internetowych i spodziewaliśmy się znaleźć coś za mniej więcej 40-50 birrów za pokój. Niestety w ostatnich latach ceny znacznie się zmieniły. Aktualnie nie jest możliwe znalezienie hotelu z bieżącą wodą za mniej niż 70 birrów. Chyba, że ktoś chce nocować w hotelu-burdelu bez wody i ze wspólną toaletą na zewnątrz... Szukając hotelu sporo wydaliśmy na taksówki, które są dość drogie - za krótki kurs, np. w ramach centrum miasta, płaciliśmy 10 birrów, z centrum na lotnisko jest to 30 birrów, z jednego końca miasta na drugi 35-40 birrów. Wszystko po targowaniu się (ostrym), ponieważ taksówkarze zwykle zaczynają od 50 birrów...

Wybraliśmy hotel Wutma w dzielnicy Piazza. Jest tam wiele hotelików, brudnych i drogich, ten był relatywnie najlepszy. Była w nim nawet ciepła woda, ale dodatkowo też karaluchy i pluskwy. W okolicy kręcili się handlarze narkotyków (jeden z nich, o imieniu Salomon, nagabywał nas bez przerwy), prostytutki i amatorzy darmowego seksu z białymi kobietami. Mnóstwo żebraków i naciągaczy. Ale na parterze hotelu był internet, co nas bardzo ucieszyło. Cena - 20 centów za minutę, jednak łącze kiepskie, przez Skype'a nie dało się porozmawiać. W Addis najbardziej zszokowała nas liczba żebraków - wielu z nich bez nóg lub rąk, bez oka, ze zmasakrowanymi twarzami. W porównaniu z tym, co zobaczyliśmy, Jemen to naprawdę rozwinięty kraj... Stolica Etiopii jest miastem ogromnych kontrastów. Zamożni ludzie wśród tłumu nędzarzy, kilka nowoczesnych wieżowców i centrów handlowych przy paru głównych ulicach, dookoła zaś slumsy - całe dzielnice zabudowane domostwami z blachy falistej. W centrum dominuje architektura popularna w Polsce w latach 70 i 80-tych XX wieku. Panuje tam duży ruch samochodowy, smród spalin jest ogromny, ponieważ 90% pojazdów ma więcej niż 20 lat i mocno zanieczyszczają środowisko. Jednocześnie jednak jest coś, czego nam brakowało w Jemenie, coś dla nas normalnego - mnóstwo kawiarni, lokalików, teatry, kina oraz kobiety ubrane po europejsku, do których możemy się bez obaw odezwać. Niestety podobnie jak na Półwyspie Arabskim, byliśmy główną atrakcją gdziekolwiek nie poszliśmy. Myśleliśmy, że z racji podobieństw kulturowych będziemy pod tym względem czuć się swobodniej niż w Jemenie, przede wszystkim dlatego, że biała kobieta bez czarnej abaji i zasłony na twarzy nie będzie wzbudzać sensacji, ale często było nawet gorzej.

No i alkohol. Można było spokojnie usiąść i wypić piwo, wino, mocniejsze alkohole. My przyjechaliśmy do Etiopii podróżować, a nie imprezować, więc nie korzystaliśmy z tego w dużym stopniu. Piwo jest dobre i tanie - za butelkę 0,33 litra w lokalu płaci się 3-5 birrów. Tańsze niż w Polsce są także wszystkie inne alkohole. Posiłki w barach i restauracjach są tanie, ale znacznie podrożały w ciągu kilku ostatnich lat (porównując z tym, co przeczytaliśmy w relacjach internetowych dostępnych między innymi na www.etiopia.pl). Niestety nie zmieniło się co innego - w dalszym ciągu wybór jest bardzo ograniczony i w zasadzie na zmianę jedliśmy 4-5 potraw, w tym słynną indżerę: lekko kwaśny placek, upieczony z popularnego w Etiopii zboża, przypominający z wyglądu cienki naleśnik o gąbczastej strukturze. Za najprostszą potrawę, np. indżerę z sosem lub jajecznicę (do niej zresztą też jest indżera), płaci się co najmniej 5 birrów, w lepszych lokalach nawet 10. Soki owocowe są dość tanie, ale ich wybór był znacznie mniejszy niż w Jemenie więc nie piliśmy ich zbyt często. Tanie są owoce, ale trzeba uważać, bo dość często ceny są zawyżane. Standardowo banany powinny kosztować 3-4 birry za kilogram, podobnie mango.

W Etiopii trzeba uważać z walutami - birry mogą się niespodziewanie skończyć, a z wymianą dolarów mogą być problemy, ponieważ w tym kraju nie funkcjonują kantory. Wymiany można dokonać w bankach lub "na czarno". Z naszych doświadczeń wynika, że wymiana w banku jest dużo korzystniejsza. Aktualny kurs wymiany na lotnisku w Addis Abebie: za 1 dolara dostaniemy 8.89 birra. Jednak np. w banku w Bahir Darze kurs był jeszcze korzystniejszy: 8.95. Trzeba uważać, kiedy kończą się nam środki, ponieważ banki są zamknięte w soboty i niedziele...

W Etiopii można zakupić fascynujące i tanie pamiątki. Przepiękne są drewniane krzyże etiopskie, rzeźbione ręcznie zgodnie z wielowiekową tradycją (Etiopia była jednym z pierwszych państw świata, które przyjęły chrześcijaństwo!) oraz maski afrykańskie, których wybór jest naprawdę duży. Bardzo wartościową pamiątką może być heban, a dokładnie wykonane z tego cennego drewna figurki lub też korale hebanowe. Generalnie bardzo duży jest wybór produktów wykonanych ręcznie z drewna, takich jak figurki afrykańskie, szkatułki, biżuteria afrykańska. Bardzo ciekawą pamiątką dla osób zainteresowanych etnicznymi instrumentami muzycznymi mogą okazać się egzotyczne bębenki afrykańskie. Jest spory wybór miejscowych produktów odzieżowych (to było miłe zaskoczenie - w Jemenie można kupić tylko chińszczyznę lub wyroby z Indii i Turcji), dobrej jakości i niedrogich. Jest bardzo duży wybór wyrobów z drewna, skóry, trzciny i innych naturalnych materiałów. Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie, trzeba tylko pamiętać o targowaniu się i być stanowczym - niektórzy sprzedawcy obrażają się jeśli po oglądaniu towaru nic się nie kupi.

Spędziliśmy w Addis 2 dni, szykując się do dalszej podróży, poznając miejscowe zwyczaje, ceny, ludzi. Nasze przykre spostrzeżenie: należy być bardzo ostrożnym w stosunkach z ludźmi, którzy zaczepiają na ulicy, oferując pomoc albo nawet tylko zwykłe towarzystwo. Prawie zawsze chcieli nas oni w jakiś sposób wykorzystać. Jeśli koniecznie szukamy znajomości, lepiej jest samemu zaczynać konwersację i wybierać znajomych. Zawsze, kiedy zjawialiśmy się w nowym miejscu, zaczepiało nas wiele osób. Generalnie można podzielić ich na trzy grupy. Pierwsza z nich, najpowszechniejsza, to ci, którzy pokażą nam drogę do hotelu lub w jakiekolwiek inne miejsce. Najczęściej są to dzieci, ale nie tylko. Za pokazanie hotelu po drugiej stronie ulicy potrafią bezczelnie zażądać 10 birrów. Trudno jest się ich pozbyć nawet jeśli wiemy do jakiego hotelu idziemy i znamy trasę. Będą szli za nami ciągle coś mówiąc i jeśli nieopatrznie wdamy się z nimi w rozmowę, na koniec powiedzą, że ich "informacje" były bezcenne i też zażądają opłaty. Druga grupa - też dość częsta (ale tylko jeśli podróżuje się z kobietami) - to bezczelni podrywacze. Najczęściej są to młodzi mężczyźni, których najłatwiej poznać po tym, że są zbyt bezpośredni, wszystko dla nich jest "cool" i w pierwszych zdaniach zdążą już zaprosić na jakąś wspólną imprezę. Uczestnictwo w takiej imprezie praktycznie na pewno zakończy się ofertą seksu. I tutaj mamy dla tych z Was, którzy nie mają nic przeciwko takim przygodom, poważne ostrzeżenie: według oficjalnych danych około 10% Etiopczyków jest zarażonych wirusem Hiv, czyli jakieś 7 milionów ludzi. I są to dane oficjalne... Wreszcie ostatnia, najmniej szkodliwa grupa nachalnych tubylców to osoby, które organizują wycieczki lub wynajmują samochody. Nie są oni groźni, ale niestety 10-krotne kategoryczne stwierdzenie, że nie potrzebujemy samochodu do wynajęcia rzadko skutkuje. Tak na marginesie: wynajęcie samochodu jest chyba najlepszą i najmniej męczącą formą zwiedzania tego kraju, ale niestety potrzeba wówczas sporej gotówki, ponieważ za dzień zapłacimy około 100 dolarów.

W Addis funkcjonuje jedna - choć dość profesjonalna - informacja turystyczna, znajdująca się przy placu Mekele w pobliżu hotelu National. Warto się tam wybrać, aby np. uzyskać informację o hotelach w stolicy. Obok informacji turystycznej znajduje się sklep z pamiątkami, w którym można zakupić mapę Etiopii (68 birr). Po same pamiątki warto wybrać się w inne miejsce - ogrom sklepów znajduje się na Churchill Avenue, dość blisko centrum.

Wielu Etiopczyków, szczególnie młodych, mówi dość dobrze po angielsku, jednak często do komunikacji pozostaje tylko język migowy. Nam chwilami pomagała znajomość arabskiego - zalicza się on z amharskim do tej samej grupy językowej, bardzo podobne a nawet niekiedy identyczne są np. liczebniki. Dla potrzeb podróży można zaopatrzyć się w podręcznik amharskiego dla turystów w języku angielskim (Amharic for foreign beginners), do kupienia w sklepie z pamiątkami koło informacji turystycznej (19 birr). My po czasie stwierdziliśmy, że można się było bez niego obejść, w większości sytuacji nie ma czasu na szukanie odpowiedniego zwrotu w książce, język migowy jest szybszy.

Z Addis Abeby wyjechaliśmy z opóźnieniem, a to z powodu naszego przewodnika, który miał nam załatwić szybkiego busa do Bahir Daru, a okazał się zwykłym cwaniaczkiem, do tego nieco pijanym. Dzięki pomocy dwóch życzliwych chłopaków i pewnego dziennikarza (który był bardzo sympatyczny ale cały czas z uśmiechem i żartem podrywał naszą koleżankę), dowiedzieliśmy się, że możemy jeszcze tego dnia pojechać w kierunku północnym, ale dojedziemy tylko do miejscowości Goha Tsyjon, jakieś 30 kilometrów od Nilu Błękitnego. Ponieważ mieliśmy już dość nieciekawej Addis Abeby, ochoczo się zgodziliśmy. Za przejechanie 200 kilometrów przeraźliwie wolnym autobusem (jechaliśmy ponad 5 godzin), zapłaciliśmy 22 birry od osoby. Dalej nie mogliśmy jechać - w Etiopii funkcjonuje zakaz podróżowania pojazdami po zmroku, czyli każda podróż kończy się przed 7 wieczorem i podróżni muszą szukać noclegu. Baliśmy się jakości hoteli w tak małej miejscowości, ale ten, do którego trafiliśmy, niespodziewanie okazał się być najlepszym hotelem w jakim nocowaliśmy podczas całego pobytu w Etiopii. W dodatku - za zaledwie 30 birrów (wyremontowany pokój z łazienką).

Naszym celem podróży był Bahir Dar, położony nad jeziorem Tana . Nam nie udało się do niego dotrzeć w jeden dzień z Addis Abeby, ale jest to możliwe. Trzeba tylko dowiedzieć się, skąd odjeżdżają minibusy i najlepiej zrobić wcześniej rezerwację, ale to jest już bardzo trudne, jako że nie ma biura, w którym można tego wszystkiego dokonać. Trzeba się skontaktować z kierowcą, a to w zasadzie mogą zrobić tylko miejscowi. Bus kosztuje 120 birrów, jedzie około 9-10 godzin. Autokar państwowego przedsiębiorstwa transportowego kosztuje około 70 birrów, ale jedzie dwa dni - w Bahir Darze jest następnego dnia rano. Oczywiście nie jedzie nocą, dlatego trzeba w koszty podróży wliczyć także nocleg, który ma miejsce w Debre Markos.

Z Goha Tsyjon wyruszyliśmy już następnego dnia o świcie. W Etiopii trzeba być przygotowanym na bardzo wczesne pobudki, jeśli chce się pokonywać duże odległości. Wszystkie autobusy dalekobieżne odjeżdżają nie później niż o 6 rano, między innymi dlatego, że nie mogą jechać po zmroku, więc do 19 wieczorem muszą dotrzeć do miejsca docelowego. Nie było autobusu bezpośrednio do Bahir Daru, ten wyjeżdżający z Goha Tsyjon jechał tylko do położonego 100 kilometrów dalej Debre Markos. Trasę tę pokonaliśmy w... prawie 4 godziny, przez pierwsze 30 kilometrów niemiłosiernie telepiąc się po gruntowej drodze, prowadzącej przez przepiękne Przełomy Nilu Błękitnego - olbrzymi kanion, na dole którego w niedużej dolinie płynie słynna rzeka. Za mniej więcej dwa lata przejazd tą trasą powinien być znacznie łatwiejszy, ponieważ aktualnie jest budowana asfaltowa szosa oraz nowy most na Nilu obok obecnie funkcjonującego (droga na istniejącym moście jest jednokierunkowa, po wybudowaniu drugiego ruch będzie przebiegał płynnie w obu kierunkach). Inwestycje te, realizowane w głównej mierze dzięki finansowej pomocy Japonii i Banku Światowego, robią duże wrażenie, szczególnie nowy most, który będzie się znajdował wysoko nad dość głębokim w tym miejscu kanionem. W dalszym ciągu funkcjonuje zakaz fotografowania mostów (pilnowanych przez żołnierzy), zbliżając się do nich najlepiej schować aparat, w innym przypadku ponoć może być niewesoło... Jest to dość bolesne dla turysty, bo rzekę najlepiej sfotografować właśnie podczas przejeżdżania przez most.

Tego dnia jechaliśmy w sumie aż 4 pojazdami - trzema strasznie wolnymi autobusami i raz szybkim minibusem, który tuż przez zmrokiem dotarł do Bahir Daru. W sumie przejechanie odcinka z Addis do tej miejscowości kosztowało nas około 85 birrów na osobę plus 30 birrów za pokój w Goha Tsyjon. Tuż po wyjściu z busa dopadła nas zgraja "przewodników". Każdy z nich chciał nam pokazać drogę do hotelu, podczas kiedy my mieliśmy ochotę sami się za nim rozejrzeć. W końcu straciliśmy cierpliwość i zrobiliśmy się nieco niemili, co bardzo ubodło jednego z chłopaków. Nakrzyczał na nas, że on wcale nie chce pieniędzy, on tylko sprowadza gości do hotelu, którego właścicielem jest jego wujek. Wyglądał nieprzyjemnie, był boso i w podartym, brudnym ubraniu. Akurat siostrzeniec właściciela hotelu... Innego dnia widzieliśmy, jak naprzykrzał się innym turystom... Ostatecznie zrezygnowani, skorzystaliśmy z pomocy jednego z chłopaków, który wzbudzał największe zaufanie. Wskazał on nam tani hotel, zachwalany w przewodniku Lonely Planet oraz w jednej z relacji polskich podróżników - Tana Pastry. Dobrze położony, w centrum miasta i niedaleko dworca autobusowego, kosztował 25 birrów za pokój, z jedną łazienką na piętrze. Pokój - mimo brudu i robactwa - można było zaakceptować, ale pomieszczenie przeznaczone do załatwiania się i wzięcia prysznica było znacznie poniżej norm. Przychodzili korzystać z niego goście położonych niżej restauracji i baru, poza tym podczas naszego pobytu nie było sprzątane. Toaleta często była zapchana, a prysznic znajdował się za przerdzewiałą blachą. W dodatku ten kompleks higieniczny nie posiadał drzwi, przez co niesamowity smród roznosił się na całym piętrze... Zdecydowanie odradzamy Tana Pastry... Później dzięki pomocy wybranego przez nas, godnego zaufania przewodnika, przenieślismy się do wybudowanego niedawno Greenhotelu, gdzie jakość usług była nieporównywalnie wyższa a cena za pokój wyniosła zaledwie 35 birrów. Spędziliśmy w nim w sumie parę nocy i jesteśmy z niego zadowoleni, pomimo kilku przerw w dostawie wody oraz dziwacznych rozwiązań architektonicznych w pokojach.

Jeszcze podczas pobytu w Tana Pastry poznaliśmy naszego przewodnika - Abebe. 17-letni, opanowany i pomysłowy chłopak, zasłużył sobie na nasze zaufanie i parokrotnie zawdzięczaliśmy mu uratowanie z różnych problemowych sytuacji. Następnego dnia po przyjeździe postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę po jeziorze Tana oraz do źródeł Nilu, który wypływa z tego zbiornika wodnego (to jedna z hipotez; inna uznaje za początek Nilu źródło jednej z rzek uchodzących do jeziora). Dzięki relacjom internetowym wiedzieliśmy, że mamy dwie możliwości: skorzystać z łodzi motorowej lub tradycyjnej tratwy zbudowanej z papirusa, który jest tutaj tak powszechny jak trzcina na naszych jeziorach. Podstawowa różnica była w cenie, ponieważ tratwa jest znacznie tańsza od metalowej łódki. Mieliśmy jednak pecha - w czasie, kiedy chcieliśmy się wybrać w rejs, większość tratw (używanych przez rybaków) była właśnie na jeziorze. Właściciel jedynej, którą znaleźliśmy, chciał nas oczywiście standardowo oszukać oferując rejs za 200 birrów, podczas gdy wiedzieliśmy, że powinno to kosztować nie więcej niż 50. Gdy negocjacje cenowe nie doszły do skutku a i atmosfera stała się napięta zrezygnowaliśmy z oferty. Właściciel tratwy bezczelnie zażądał jeszcze 17 birrów za zajęcie mu czasu i kiedy odchodziliśmy szedł za nami długo nękając nas swymi okrzykami.

Ostatecznie więc popłynęliśmy łódką, płacąc 150 birrów za dwie osoby. Targowanie niższej ceny niestety nic nie dało, łącznie z ostatecznym krokiem, czyli rezygnacją i odejściem. Rejs trwał w sumie niecałą godzinę. Jezioro Tana samo w sobie - naszym zdaniem - nie jest ciekawe. Woda jest silnie zamulona, brunatna, wybrzeże płaskie. Interesująco wygląda natomiast miejsce, w którym Nil Błękitny wypływa z jeziora. Kiedyś nad jeziorem można było spotkać krokodyle i hipopotamy, ale jak się dowiedzieliśmy od naszego przewodnika - Abebe - stosunkowo niedawno przeniosły się one z tych okolic nieco dalej wzdłuż rzeki. Wróciliśmy więc z rejsu raczej zawiedzeni... Tego dnia chodziliśmy jeszcze po Bahir Darze, które jest dość interesującym - jak na Etiopię - miastem. Szczególne wrażenie robią wysadzane palmami główne aleje miasta, zbudowane za czasów Halje Sellasje, który tak upodobał sobie to miasto, że nawet planował przenieść tutaj stolicę państwa. Zasadzone wzdłuż alei drzewa po kilkudziesięciu latach prezentują się wspaniale... Również wybrzeże jeziora jest ciekawe, ale nie zagospodarowane turystycznie: brak deptaka, ławek itp. Tylko obok portu, z którego wypływają łodzie na jezioro znajduje się duża kawiarnia na powietrzu.

Oczywiście wszędzie gdzie się zjawiliśmy, wzbudzaliśmy sensację. Wielokrotnie też nie czuliśmy się zbyt bezpiecznie, chociaż podczas naszego pobytu nikt nas nie napadł ani nie okradł. Ale wyłapywane spojrzenia i zachowania, szczególnie młodych ludzi, budziły nasze zaniepokojenie. Jemen jest jednak - jeśli chodzi o przestępczość pospolitą - znacznie bezpieczniejszym krajem. W Etiopii - na ile to tylko było możliwe - chowaliśmy aparaty i laptopa przed wzrokiem tubylców. W Jemenie było to zbędne, nikt się nie interesował i nie zerkał na nasz aparat cyfrowy. Tutaj natomiast wyłapywaliśmy chciwe spojrzenia i nie mieliśmy zaufania do miejscowych.

Przynajmniej pod jednym względem Etiopia góruje zdecydowanie nad Jemenem: pomimo nędzy dużej części społeczeństwa, jest tutaj czysto. Dotyczy to zarówno wyglądu ulic, jak i np. poziomu higieny w lokalach. Śmieci na ulicach jest niewiele, poza nimi - jeszcze mniej. W ogóle Etiopia nie wkroczyła jeszcze w wielce szkodliwy dla środowiska etap masowego wykorzystywania jednorazowych opakowań z tworzyw sztucznych. W Addis zakupione banany dostawaliśmy w papierowych torbach. W sklepach nikt nie wciska woreczków foliowych, w wielu z nich wciąż ich nie ma. Ludzie - szczególnie na wsi - wszystkie artykuły przechowują i przenoszą w tradycyjnych torbach, bukłakach, zawijakach, wykonanych z naturalnych materiałów. Nigdzie nie widać reklamówek. Bardzo częsty widok na terenach wiejskich (zdecydowana większość populacji Etiopii mieszka na wsi) to kobieta lub mężczyzna trzymający na ramieniu kij, na którego końcu kołysze się szmaciany tobołek lub bukłak wykonany z owoców pewnego lokalnego drzewa. Ktoś mógłby to nazwać: zacofanie, dla nas to było coś wspaniałego. Mamy nadzieję, że era jednorazowych woreczków foliowych nie dotrze nigdy do tego kraju...

Dotarły tu jednak butelki PET. Ale nie szkodzą one środowisku, ponieważ powszechnie są używane ponownie. Są one skupowane i wykorzystywane do np. sprzedaży mleka, wina, czy też popularnego tutaj napoju alkoholowego robionego na bazie miodu (tadź). Dawaliśmy więc żebrzącym dzieciom puste butelki, co bardzo je cieszyło, bo w skupie mogą za nie dostać prawie całego birra. Dzięki temu systemowi, butelki PET nie są porozrzucane po ulicach...

W Etiopii ucieszyło nas bardzo to, że naprawdę niewiele osób pali papierosy. Widać to zarówno na ulicach, jak i w lokalach. Zastanawialiśmy się, czy jest to efekt biedy, czy też może wpływa na to jakiś inny czynnik. Dla nas, jako niepalących, była to duża ulga. W Jemenie pali się w zasadzie wszędzie, zakaz obowiązuje tylko w niektórych środkach komunikacji publicznej, natomiast powszechnie pali się w urzędach, czy na uczelniach.

Jako ciekawostkę - a dla tych, którzy chcieliby się wybrać do Etiopii jako ważną informację - chcielibyśmy opisać system mierzenia czasu w tym kraju. Otóż Etiopczycy, podobnie jak my, mają 24-godzinną dobę, ale dzieli się ona na dwa 12-godzinne okresy, które bynajmniej nie zaczynają się w południe i o północy, tylko o 6 rano i wieczorem naszego systemu. Czyli nasza, europejska godzina 7 rano jest dla nich 1-szą, nasza 13-ta to ich 7. A np. nasza 19 wieczorem to dla Etiopczyków ponownie 1-sza. Wszytkie zegarki w tym kraju chodzą według tego systemu, dlatego należy o nim pamiętać podczas podróży. Oczywiście większość osób, która ma styczność z turystami, posługuje się w kontaktach z nami naszym sposobem określania godziny, ale kilka razy zdarzyło się nam, że nasz rozmówca stosował jednak etiopski czas i gdyby nie posiadana wiedza na ten temat, moglibyśmy nieco pokrzyżować sobie szyki...

Na drugi dzień pobytu w Bahir Darze postanowiliśmy zaplanować sobie wycieczkę nad słynne wodospady Tis Issat, znajdujące się kilkadziesiąt kilometrów na południe od tego miasta. Wzięliśmy Abebe jako przewodnika i już przed 6 rano, oglądając po drodze wschód słońca, jechaliśmy rozklekotanym autobusem (bilet 5 birr od osoby) w kierunku wioski o tej samej co wodospad nazwie. Wioska, mimo wczesnej pory, już tętniła życiem - kobiety przygotowywały posiłki, a pasterze boso pędzili bydło na pastwiska. Trasa turystyczna nad wodospad prowadzi okrężną drogą, zaczynając i kończąc się w wiosce. My generalnie zrobiliśmy kółko - z wioski przez słynny kamienny most portugalski z XVI wieku, dalej ścieżką przez wzgórze, z którego rozciągają się piękne widoki na wodospad i okolice, następnie przejście przez bród poniżej wodospadu (tutaj Abebe zwrócił nam uwagę, że musimy zdjąć buty, ponieważ dla Etiopczyków Nil Błękitny - po etiopsku Abbay - jest świętą rzeką), potem bezpośrednio pod wodospad. Dalej ścieżką w górę rzeki, gdzie po mniej więcej 1,5 kilometra znajduje się przeprawa przez rzekę, po drugiej stronie do wioski jest już blisko.

Stary portugalski most bardzo nam się podobał. Rozciągają się z niego piękne widoki na płynący w dole, w głębokim kanionie Nil. My byliśmy tam podczas pory suchej, ale ponoć podczas pory deszczowej poziom rzeki w tym miejscu jest o kilkanaście metrów wyższy. Patrzyliśmy na płynący w dole, zaledwie kilkumetrowej szerokości strumień Nilu. Pozory jednak nie powinny mylić, w rzeczywistości rzeka w tym miejscu ma przynajmniej 20 metrów głębokości...

Za mostem zaczęła się nasza udręka. Kiedy zaczęliśmy podchodzić pod górę, nagle jak spod ziemi pojawiła się gromadka mniej więcej 10 dzieci. Wyuczone zachowań względem turystów zaczęły chwytać nas za ręce, opowiadać jak nagrana pozytywka niekończącym się potokiem paru wyuczonych angielskich zdań: "dzień dobry panu, nazywam się......, a pan? Jestem biedną uczennicą, żyję sama, rodzice mi nie pomagają, nie dostaję od nich pieniędzy, pomagam moim braciom i siostrom...". To wszystko szybko recytowała do Błażeja najwyżej 10-letnia dziewczynka, oferując do sprzedaży małe bukłaczki wykonane z naturalnych materiałów, szaliki w barwach narodowych Etiopii i inne pamiątki. Każdy z naszej piątki miał swojego "dręczyciela". Piszemy "dręczyciela", ponieważ dzieci te za nic nie dały się przekonać, że nic nie chcemy kupować, szły z nami przez parę kilometrów prawie do samego wodospadu, cały czas nas zaczepiając, nie dając rozmawiać między sobą ani nawet spokojne wpatrywać się w widoczny w oddali przepiękny wodospad.

Kiedy dochodziliśmy do wspomnianego wcześniej brodu w rzece, Abebe uprzedził nas, że jest tam kolejna grupa młodzieży, która chce zarobić na turystach. Nurt rzeki, którą można w tym miejscu przejść, nie jest zbyt wartki, ale znajdujące się tam kamienie są śliskie, co znacznie utrudnia przejście. Chłopcy czekający w tym miejscu na turystów chcą opłaty za podtrzymanie podczas przechodzenia przez nurt...

Wreszcie dotarliśmy nad sam wodospad. Prezentuje się wspaniale, chociaż podobno w okresie szczytowym pory deszczowej jest dwa razy większy. Ilość spadającej z góry wody, jej huk, wszechobecne w powietrzu kropelki wody, zrobiły na nas ogromne wrażenie. Na ile to się dało, podeszliśmy do wodospadu, cały czas bardzo uważając, ponieważ skały po których się idzie są bardzo śliskie. W pewnym momencie zauważyliśmy chłopaka, który udał się w pobliże rzeki poniżej wodospadu, nabrał w butelkę wody i zaczął ją pić. Widząc nasze zaskoczone miny Abebe stwierdził, że on także od czasu do czasu pije wodę z rzeki. Nie mogliśmy tego zrozumieć, ponieważ jeszcze dzień wcześniej oznajmił, że mieszkańcy Bahir Daru nie chcą się kąpać w jeziorze Tana z powodu jego zanieczyszczenia. Jak zatem można pić wodę z rzeki, która z tego jeziora wypływa? Cóż, może zbytnio przyzwyczajeni jesteśmy do osiągnięć naszej cywilizacji i zapomnieliśmy już, jak żyli nasi potomkowie...

Podczas przeprawy przez rzekę, kiedy już wracaliśmy do wioski Tis Issat, czekała nas kolejna nieprzyjemna przygoda z tubylcami, która mało co nie zakończyła się bójką. Otóż koniecznie chcieliśmy zobaczyć krokodyle, które występują na tutejszych brzegach Nilu. Przez rzekę można przeprawić się prostą, tanią łodzią, z jakiej korzystają tubylcy za kilka birrów, lub skorzystać z przeznaczonej dla turystów dużej łódki motorowej, która nieco skręci w górę rzeki, aby można było zobaczyć te sympatyczne zwierzątka. Oczywiście mimo kosztów wybraliśmy tę drugą opcję. Dość ostro targowaliśmy się z ekipą łodzi, która zażyczyła sobie za 20 minutową przejażdżkę (właściciel łodzi powiedział, że tyle będzie trwał rejs) 75 birrów. Ostatecznie stanęło na 60, ale byliśmy mocno niezadowoleni. Jednak pomyśleliśmy sobie: niech będzie, w końcu przynajmniej zobaczymy krokodyle. Łódka popłynęła jakieś 50 metrów w górę rzeki, po czym kierujący nią oświadczył, że niebo jest zachmurzone i z tej okazji krokodyle powychodziły na brzeg i nie widać ich z wody, dlatego to jest już koniec wycieczki i płyniemy na drugi brzeg. To rozwścieczyło nas na dobre. Skoro nie było krokodyli, zażądaliśmy 20 minutowego rejsu w górę rzeki, zgodnie z tym, co ustalilismy wcześniej lub obniżenia opłaty za rejs. Wybuchła burza, dyskusja była momentami bardzo ostra, podnosiliśmy głosy. W pewnym momencie ekipa łodzi podpłynęła do znajdującej się na środku nurtu wyspy i zagroziła, że jeśli nie zapłacimy tyle ile ustaliliśmy, wysadzą nas tutaj. Dyskutowaliśmy jeszcze przez jakiś czas, w końcu zapłaciliśmy im połowę kwoty, za co zgodzili się popłynąć kawałek w kierunku północnym. Po kilkudziesięciu metrach zauważyliśmy w przybrzeżnym sitowiu małego krokodyla, natychmiast chwyciliśmy aparaty i zaczęliśmy robić zdjęcia. Był on dość mocno schowany w trzcinie, więc ktoś z załogi chcąc nam sprawić przyjemność rzucił w niego kijem - krokodyl gwałtownie podskoczył i skoczył w naszym kierunku do wody. Jedna z dziewczyn pisnęła ze strachu, biedne zwierzę jednak po prostu z przerażenia skoczyło do wody aby się przed nami ukryć... W każdym razie po tym incydencie atmosfera na pokładzie zdecydowanie się rozluźniła i spokojnie, w lepszych humorach, popłynęliśmy na drugi brzeg Nilu.

W tym miejscu warto wspomnieć o pewym ciekawym fakcie, który nas osobiście zaskoczył, a który dotyczy żyjących w Etiopii krokodyli oraz hipopotamów. Otóż według powszechnej wśród Europejczyków opinii, krokodyle są bardzo niebezpiecznymi stworzeniami, natomiast hipopotamy milutkimi, taplającymi się w błotku grubaskami. Nic bardziej mylnego. Krokodyle widząc człowieka - czy to zbliżającego się od strony lądu, czy też wody - uciekają i kryją się pod wodą. Bardzo się go boją i zagrożenie dla niego może wystąpić jedynie wówczas, gdy krokodyl zostanie zaskoczony i nie zdąży uciec - będzie się wtedy bronił. Inaczej wygląda sytuacja z hipopotamem - widząc podpływającego zbyt blisko człowieka, bardzo często gwałtownie atakuje i nawet goni uciekającą łódkę. I wbrew pozorom w wodzie jest bardzo szybkim i sprawnym zwierzęciem. Nasi współtowarzysze podróży, z którymi się później rozdzieliliśmy i którzy dotarli na południe Etiopii całkowicie to potwierdzają. Wypożyczyli łódkę wraz ze sternikiem i wypłynęli na jezioro pełne zarówno krokodyli (całe stada) jak i hipopotamów. Krokodyle spokojnie pływały wokół łodki, były dosłownie na wyciągnięcie ręki. Kiedy natomiast zbliżyli się nieznacznie do stada hipopotamów, jeden z nich niespodziewanie podskoczył do góry (mimo swej masy ciała!), otworzył szeroko ogromną paszczę i rzucił się w ich kierunku. Sternik przestraszył się nie na żarty, silnik zawył i łódź zaczęła gwałtownie przyspieszać. Jednak przez chwilę, zanim nabrała prędkości, potężne zwierzę zmniejszało dystans dzielący je od naszych znajomych.

Wróciliśmy do Bahir Daru szczęśliwi - w końcu zobaczyliśmy w Etiopii coś fascynującego, a wodospady Tis Issat niewątpliwie do takich miejsc się zaliczają. Następnego dnia zaplanowaliśmy wyjazd dalej w kierunku północnym, do Gonderu, słynącego z wybudowanego w europejskim stylu kompleksu zamków. Trochę jeszcze pospacerowaliśmy po mieście, ale nie ma w nim zbyt wiele do zobaczenia. Generalna uwaga: etiopskie miasta są nieciekawe architektonicznie. Gdzieniegdzie znajdują się stare monastyry, ale poza tymi rzadkimi zabytkami sakralnymi nie oferują one turystom innych atrakcji. Oczywiście wyjątkiem jest słynna Lalibela i Gonder, ale przeciętne miasta są bardzo nudne i monotonne. Przeraża w nich chaos architektoniczny: zbudowane niedbale murowane domy sąsiadują ze slumsami z blachy i parterowymi lepiankami. W centrach dużych miast, za wyjątkiem Addis Abeby, wiele ulic nie jest wyasfaltowanych. W Bahir Darze na przykład, wystarczy odejść 100 metrów od głównej, wysadzanej palmami alei, aby znaleźć się na błotnistym trakcie z zabudowaniami z błota i blachy po obu stronach.

Zupełnie inaczej wyglądają natomiast etiopskie wioski. Betonowy kicz jeszcze tam nie dotarł (i nie zapowiada się, aby nastąpiło to zbyt szybko ze względu na duże ubóstwo ludności) i dominują tradycyjne chatki zbudowane z drewna, trzciny i błota. Niestety coraz częściej, ze względów praktycznych, są one pokrywane blachą... Bardzo charakterystyczny jest sposób budowy tych domostw. Najpierw stawiany jest "szkielet" chaty, zrobiony ze średniej grubości, w miarę prostych gałęzi drzew. Konstrukcja ta jest następnie oblepiana błotem wymieszanym z trawą lub trzciną. Dach jest robiony z gałęzi i trzciny (lub innych stosownych roślin dostępnych w danym regionie), ale coraz częściej po prostu pokrywany blachą. Domki te niesamowicie wyglądają wczesnym rankiem, kiedy ich domownicy wstają do pracy i przeprowadzają tradycyjny rytuał parzenia kawy. Muszą wówczas zapalić wewnątrz ogień, aby podgrzać wodę oraz kadzidło, które jest obowiązkowe w tym tradycyjnym rytuale. Ponieważ chatki te nie mają okien, dym przenika przez zbudowany z trzciny dach. Z daleka wygląda to, jakby cała wioska "parowała" - w połączeniu z porannymi mgłami daje to bardzo ciekawy, malowniczy efekt.

No i mieszkańcy wsi... Duże miasta, a w szczególności Addis, są zupełnie bezbarwne jeśli chodzi o ubiór mieszkańców: zdecydowanie dominuje strój europejski, często w bardzo opłakanym stanie. Tymczasem tereny wiejskie są pod tym względem fascynujące. Niemal wszyscy noszą tradycyjne stroje, których głównym elementem jest ciepła, najczęściej biała narzuta na górną część ciała. Do tego szorty lub spodnie, kijek z zawiązanym na końcu tobołkiem. Większość z nich nie używa także obuwia, chodząc boso. Stanowili oni tę część społeczeństwa Etiopii, którą lubiliśmy najbardziej: zwyczajni, prości ludzie, nie zepsuci przez masową turystykę, którzy nigdy nie próbowali nas wykorzystać. Niestety nie mogliśmy z nimi nawiązać kontaktu ze względu na barierę językową. Poza tym, byli to bardzo dumni ludzie, którzy obserwowali nas z pewnej odległości, nie dążąc do kontaktu z nami.

Jeżdżąc po Etiopii nie mogliśmy się nadziwić pracowitości mieszkańców wsi. Bardzo często widywaliśmy kobiety i mężczyzn idących na skraju ulicy i zgiętych prawie w pół z powodu niesionych na plecach ciężarów. Kiedy kilka dni później wracaliśmy minibusem z Bahir Daru do Addis, około 4.30 rano, w zasadzie było jeszcze ciemno. Jednak na odcinku mniej więcej 10-15 kilometrów od tego miasta po obu stronach ulicy maszerowały rzesze pokrytych białymi narzutami mieszkańców okolicznych wiosek, dźwigających produkty rolne na miejski targ lub po prostu idących tam do pracy. Silnie kontrastuje to z mieszkańcami miast, wśród których bardzo wielu to zwykłe obiboki, poświęcające wolny czas na bezcelowe wałęsanie się po mieście i kiedy tylko nadarzy się okazja - naciąganie na wszelkie sposoby turystów.

Szanse na to, że podróż z Bahir Daru do Gonderu upłynie nam spokojnie i bez utarczek z tubylcami, były niewielkie. Rano Abebe wskazał nam minibus jadący w tym kierunku, ustalił z kierowcą cenę (55 birrów) i usiedliśmy. Kiedy jednak do busa zaczęli wchodzić również Etiopczycy, okazało się, że płacą oni zaledwie 30 birrów! Nasz przewodnik natychmiast interweniował i kazał kierowcy zwrócić nam nadpłaconą kwotę. Bus jednak już się zapełnił pasażerami i ruszał, więc nie udało mu się załatwić tej sprawy. Krzyknął nam jeszcze tylko przez szybę, że mamy domagać się zwrotu. Kiedy zaczęła się podróż, okazało się, że kierowca nie mówi po angielsku. Ponieważ jednak wcześniej rozmawiał z nim Abebe, byliśmy pewni, że wie czego się domagamy. Udawał oczywiście, że nic nie rozumie, co tylko nas bardziej rozwścieczyło. Jedna z pasażerek posłużyła nam za tłumacza, ale kierowca wciąż nie reagował. Niespodziewanie, w jednej z miejscowości na trasie, była kontrola policyjna. Natychmiast wykorzystaliśmy okazję i po prawie godzinie tłumaczenia policjantowi co się stało, odzyskaliśmy nasze pieniądze. Nie było to jednak łatwe, kierowca w pewnym momencie był nawet tak bezczelny, że powiedział policjantowi, że w ogóle nie zapłaciliśmy za bilet... Stróż prawa był jednak zdecydowanie po naszej stronie. W międzyczasie w ostrą dyskusję włączyli się zarówno etiopscy pasażerowie busa, jak i mieszkańcy wioski, którzy zdążyli się zbiec. Z tego co zrozumieliśmy, część z nich argumentowała policjantowi, że jako bogaci obcokrajowcy - farandżi - powinniśmy płacić więcej i jest to sprawiedliwe. Błażej jednak zasugerował mu, że skoro Etiopia zwie się demokracją, wszyscy są równi wobec prawa i wobec tego całkowicie bezprawne jest zawyżanie cen wobec wybranej grupy społecznej. Kierowcy ciężko było pogodzić się z porażką - ponieważ jechała z nami jeszcze dwójka turystów z Australii, którzy także zapłacili zbyt wiele, musieli w sumie zwrócić ponad 150 birrów...

Ledwo ochłonęliśmy po tych wydarzeniach, a już w Gonderze, kiedy tylko bus się zatrzymał, dopadła nas trójka chłopców, którzy postanowili się dorobić na naszych bagażach, zamocowanych na dachu pojazdu. Zwykle godzimy się zapłacić 1 lub 2 birry za pomoc w zamocowaniu i zdjęciu plecaków, ale jednej osobie. Tymczasem oni postanowili wymusić na nas zapłacenie 3 pomocnikom. Kiedy jeden z nich wskoczył na dach i zaczął odpinać wiązania, Błażej podszedł do niego i czekał na podanie bagaży. W międzyczasie dwóch chłopców szybko pobiegło na drugą stronę busa aby je przejąć (liczyli, że jeśli je wezmą, im także zapłacimy). Donośnie jednak krzyknęliśmy, że zapłacimy tylko jednemu i byliśmy w tym konsekwentni...

Później - jak wszędzie - zostaliśmy otoczeni przez grupkę "przewodników", którzy chcieli nas zaprowadzić do hotelu. Uparcie jednak odmawialiśmy i wreszcie nas zostawili poza jednym, który - jak się później okazało - chciał nam wynająć samochód. Przenocowaliśmy w hotelu "Roman" za 50 birr za pokój. Ponieważ już wówczas zorientowaliśmy się, że pieniądze kończą nam się szybciej niż myśleliśmy, zrezygnowaliśmy z płacenia 50 birr od osoby za wejście do kompleksu zamków i zadowoliliśmy się obejściem go dookoła wzdłuż murów. Poza zamkami i oddalonym od centrum monastyrem Gonder nie zachwyca, jest typowym bezbarwnym etiopskim miastem. Postanowiliśmy jak najszybciej wyruszyć dalej na północ aby zwiedzić miejsce, które nas tak naprawdę najbardziej ciekawiło - Góry Siemen.

Rano wyruszyliśmy starym, rozklekotanym autobusem do Debarku, początkowego miejsca wszystkich wypraw w góry Siemen, a jednocześnie siedziby Parku Narodowego Gór Siemen, gdzie trzeba opłacić wstęp do parku i skauta. Przejechanie około 100 kilometrów zajęło 3 godziny, ale długi czas podróży uprzyjemniały nam coraz ciekawsze, górskie widoki. Zostawiliśmy bagaże w hotelu "Red Fox" (70 birrów za pokój, w którym spaliśmy w trójkę) i poszliśmy sprawdzić możliwości zwiedzenia gór. Tutaj należy się istotna uwaga: Błażej doznał na Sokotrze poważnej kontuzji kolana, stąd nie braliśmy pod uwagę możliwości wyruszenia w nie pieszo (chociaż pierwotnie było to naszym marzeniem). Myśleliśmy o wynajęciu samochodu, co jednak było rozwiązaniem dla nas zbyt drogim, lub dostaniu się do miejscowości Chenek (skąd podobno rozciągają się najwspanialsze widoki) komunikacją publiczną.

W siedzibie parku wszystko się wyjaśniło. Codziennie rano z Debarku odjeżdża autobus do Chenek, przeznaczony jednak tylko dla Etiopczyków! Turyści nie mają możliwości podróżowania nim. Jak dla nas jest to zupełny skandal: autobus państwowego przedsiębiorstwa transportowego nie przewozi obcokrajowców?! Co ważne, nie ma nawet znaczenia, czy opłacimy wszystkie konieczne opłaty, czy też nie, po prostu nas nie przepuszczą. Pozostaje więc albo wędrować pieszo, albo wynająć samochód terenowy. My niestety nie mogliśmy skorzystać z żadnej z tych opcji...

Debark był dla nas najgorszą i najmniej gościnną miejscowością podczas całego pobytu w Etiopii. Oszukano nas w hotelu, cały czas ktoś nas zaczepiał i chciał pieniędzy, a spacer po niej był prawdziwą męczarnią. Dla tych, którzy spodziewaliby się po niej ładnych widoków: z Debarku samych gór jeszcze nie widać. W dodatku przyczepili się do nas młodzieńcy, którzy koniecznie chcieli nas zabrać na imprezę... Zawiedzeni spakowaliśmy manatki i następnego dnia o 6 rano jechaliśmy już autobusem w drogę powrotną do Gonderu...

W Gonderze poszliśmy jeszcze zjeść obiad w jednej z restauracji i zaraz mieliśmy minibusa do Bahir Daru. Na dworcu autobusowym tradycyjnie chcieli nam zawyżyć cenę biletu, ale powiedzieliśmy, że w przeciwną stronę jechaliśmy za 30 birrów i ustąpili (chcieli 50). Z ulgą dojechaliśmy do Bahir Daru. Miasto to mimo, że nie jest zbyt piękne, zrobiło na nas najlepsze wrażenie. Niestety dziewczyny dostały poważnego zatrucia pokarmowego i dla odpoczynku zostaliśmy w nim dwa dni. Ponownie spotkaliśmy Abebe, który pomógł nam załatwić minibusa do Addis Abeby, który dojeżdża tam w jeden dzień. Podliczyliśmy pieniądze i wiedzieliśmy już, że na zwiedzanie pozostałej części Etiopii nie starczy już nam środków.

Minibus pędził jak szalony, głośno przeklinaliśmy kierowcę (po polsku, więc nic nie rozumiał) ponieważ parę razy już nam się wydawało, że będzie po nas. Ale ostatecznie, po około 10 godzinach i zapłaceniu 120 birrów dotarliśmy ponownie do stolicy. Dość szybko udało nam się trafić do biura Yemenia Airways i zmienić datę powrotnego lotu - wybraliśmy jeszcze ten sam dzień (a w zasadzie noc), aby nie płacić za drogie hotele. Zrobiliśmy błyskawiczne zakupy fantastycznych pamiątek na Churchill Avenue, wzięliśmy taksówkę (30 birr) i o 20-ej byliśmy już na Bole International Airport. Samolot wylatywał dopiero o 5.25, ale odprawa zaczynała się już 3 godziny wcześniej, więc spokojnie poczekaliśmy na lotnisku, tym bardziej, że ceny w tamtejszych restauracjach są naprawdę atrakcyjne. O 8 rano mknęliśmy już taksówką przez znajome ulice Sany...




Architektura centrum Addis Abeby

Busiki kursujące po stolicy Etiopii są podobne do tych w Sanie...

W Addis jest kilka nowoczesnych biurowców

Ulica na przedmieściach Addis Abeby

Addis widziane z okolicznych wzgórz

Krajobraz Wyżyny Etiopskiej

Tradycyjna etiopska wioska

Wjeżdżaliśmy w Przełomy Nilu Błękitnego

Dolina Nilu Błękitnego

Dolina Nilu Błękitnego

Stary oraz nowy (w budowie) most na Nilu Błękitnym

Nil Błękitny (w Etiopii nazywany Abbaj)

Centrum Bahir Daru

Etiopczycy na jednej z ulic Bahir Daru

Jeden z eleganckich hoteli w Bahir Darze

W pobliżu jeziora Tana

Krajobrazy Etiopii...

Jezioro Tana

Łodzie turystyczne kursujące po jeziorze Tana

Mężczyzna płynący tradycyjną łódką papirusową

Używane na jeziorze Tana łodzie papirusowe

Krajobrazy po drodze do Tis Issat

Etiopka w wiosce Tis Issat

Typowy etiopski monastyr, których widzieliśmy wiele

Religijne Etiopki w pobliżu monastyru

Dla nas w Etiopii najbardziej fantastyczni byli tradycyjnie ubrani ludzie...

Mieszkańcy okolic Tis Issat

Mieszkańcy okolic Tis Issat

Kobieta z dzieckiem - w Etiopii nie widzieliśmy ani jednego wózka dla dzieci

Portugalski most z XVI w. do dzisiaj służy lokalnym mieszkańcom

Stary most portugalski, jeden z zaledwie 3 na Nilu Błękitnym w Etiopii

Etiopczycy dla ochrony przed słońcem często chodzą z parasolami

Etiopczyk

Mieszkańcy okolic Tis Issat

Tradycyjne zabudowania wiejskie

W kierunku wodospadu szliśmy otoczeni przez gromadę małych handlarzy

Wodospad Tis Issat widziany z pobliskiego wzgórza

Nasi "prześladowcy" w drodze do wodospadu...

U stóp wodospadu...

Bardzo częsty w Etiopii obrazek...

Kobiety dźwigają na plecach ogromne ciężary

Przeprawa przez Nil w pobliżu Tis Issat

Etiopczycy kąpiący się w Nilu

Te dzieci kąpały się w Nilu, ale kiedy nas dostrzegły, szybko podbiegły

Tak na nasz widok zareagowały dzieci ze szkoły w Tis Issat...

Młody mieszkaniec etiopskiej wioski

Suszenie ostrej papryki i innych przypraw

Typowe wiejskie domostwo...

Zamki Gonderu...

Zabudowania znajdujące się 100 metrów od głównego placu Gonderu

Kobiety na ulicy w Gonderze

W autobusie...

Wioska na wzgórzach

Sklep z pamiątkami w Bahir Darze

Pelikany na jeziorze Tana

Szosy w Etiopii służą także pieszym...

Mieszkanki wsi etiopskich często pracują ponad własne siły

Strona główna | Sana | O stronie i autorach | Wieści z Jemenu | Tihama | Sokotra | Wadi Hadramawt