|
14.03.2007
Środowy poranek nie zapowiadał tak ciekawego dnia. Po południu postanowiliśmy zjeść coś w jednym z lokali na Starówce.
Po drodze zaciekawiły nas pewne drewniane drzwi, prowadzące z wąskiej uliczki na niewielki dziedziniec z którego, jak się później okazało, wchodziło się do
meczetu. Na murku siedziała czwórka malutkich, ślicznych dzieci, więc Ada zabrała się ochoczo do robienia im zdjęć. Zawstydzone robiły
niesamowicie śmieszne miny, ale chyba generalnie im się podobało szczególnie, że pierwszy raz mogły zobaczyć własne zdjęcia.
Ada wręczyła im na koniec cukierki, spodziewając się, że uczciwie się nimi podzielą, ale najbardziej przedsiębiorcze dziecko zabrało dla siebie większość.
Staliśmy nieco skonsternowani, aż w pewnym momencie odezwał się do nas po angielsku starszy pan, który widział całą sytuację. Poradził, aby wręczyć
każdemu maluchowi taką samą ilość cukierków, co uczyniliśmy. W ten sposób poznaliśmy Abdul Bariego ('Abd al-Bariego), mężczyznę w wieku około
55 lat. Jego zajęciem były studia koraniczne przy Wielkim Meczecie, zbudowanym jeszcze za życia Muhammada, znajdującym się w samym sercu
Starej Sany.
Był bardzo otwarty i chętnie prowadził z nami rozmowę. Zadeklarował, że pewnego dnia bardzo chętnie ugościłby nas w swoim domu, gdzie jesteśmy mile widziani.
Zaproponował także, abyśmy poszli z nim dzisiaj do meczetu, co przyjęliśmy ze zdumieniem. W tym
miejscu należy dodać istotną uwagę: nie-muzułmanie nie są wpuszczani do meczetów w Jemenie. Najpierw przeczytaliśmy o tym w przewodniku po
Jemenie wydanym przez Lonely Planet, następnie potwierdzili to nasi współlokatorzy: mimo, że są w tym kraju już od czterech miesięcy, nigdy nie
udało im się wejść do meczetu. Co szczególne, płeć nie miała w tym przypadku znaczenia, samych mężczyzn też nie wpuszczano. Gdy powiedziałem
o tym Abdul Bariemu, stwierdził, że nie brak głupców, którzy nie znają Koranu i prawa muzułmańskiego: innowiercom nie wolno wejść tylko do Al-Kaby
w Mekce i meczetu Muhammada w Medynie.
Najpierw jednak postanowił przedstawić nas pewnej wyjątkowej osobie. Powiedział, że jeśli kiedykolwiek zdaży się, że będziemy mieli problemy w Starej Sanie,
możemy zgłosić się do tego człowieka, lub też do Abdul Bariego, który przekaże mu naszą sprawę. Skąd wyjątkowość tego mężczyzny? Jak się okazało,
jest on szejchem całego Starego Miasta, bez jego wiedzy nic się tutaj nie dzieje. Oprócz tego zalicza się do najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi
w całej stolicy. Z zaciekawieniem czekaliśmy na spotkanie z nim... Abdul Bari prowadził nas przez zaułki Starego Miasta, na którym znał chyba każdą osobę.
Dotarliśmy do suku, tej jego cześci, w której zlokalizowane były stanowiska kowali. W jednym z nich, wygodnie rozłożony na poduchach, siedział szejch
Starej Sany, "pan i władca" tego labiryntu uliczek. Niby nic szczególnego nie było w tym miejscu ani w tym człowieku... Zwykłe stanowisko kowalskie
wśród wielu innych. Ale ten mężczyzna siedział w nienagannie czystej dżalabijji, spojrzenie miał surowe i przenikliwe, a podczas naszej dwuminutowej
wizyty dwukrotnie odbierał wiszący na ścianie telefon (telefon jest rzadkością w domach mieszkańców Sany, a co dopiero powiedzieć o budce kowalskiej
na suku Starego Miasta). Sam stosunek Abdul Bariego do niego wiele mówił: był pełen szacunku i powagi. Na koniec Abdul Bari powiedział coś szejchowi
na ucho i dostał od niego sporą ilość gotówki.
Następna godzina była dla nas ciekawym doświadczeniem. Abdul Bari zaprowadził nas do jednego z lokali na świeżym powietrzu, gdzie zjedliśmy
pyszny posiłek na koszt naszego rozmówcy. Po drodze pozdrawiał on niemal każdego sprzedawcę. W pewnym momencie podeszliśmy do jednego
ze stanowisk, gdzie sprzedawano chusty dla kobiet. Abdul Bari wziął dwie z nich (czarne) dla Ady, nic za nie nie płacąc, ponieważ oczywiście
znał sprzedawcę bardzo dobrze. Wyjaśnił, że tylko zakrywając nimi głowę będzie mogła wejść do meczetu...
Meczet miał jednak trochę poczekać... Abdul Bari nie byłby prawdziwym muzułmaninem gdyby nie spróbował nas nawrócić na islam. Wsiedliśmy do
taksówki, która zawiozła nas na jedną z głównych ulic miasta, dość daleko od Starej Sany. Tym sposobem znaleźliśmy się w Al-Markaz
Aṯ-Ṯaqāfī li-Daʿwat Al-Ğālīyāt (równolegle stosowana przez ten ośrodek nazwa angielska:
The Cultural Center for Foreigners' Call), czyli specjalnym centrum propagowania islamu przenaczonym dla obcokrajowców. Przez prawie dwie godziny
dyskutowaliśmy z przesympatycznym dyrektorem tego ośrodka, doktorem Al-Hazmim na temat chrześcijaństwa i islamu. My oczywiście nie
mieliśmy najmniejszej ochoty na zmianę wyznania i przejście na islam, ale ciekawiły nas sposoby działania tego typu ośrodka i argumenty stosowane
przez teologów muzułmańskich. Nie bedziemy tutaj zanudzać szczegółami naszych rozważań teologicznych, podamy tylko, że głównym punktem
zaczepienia naszego rozmówcy była pogmatwana idea Trójcy Świętej w chrześcijaństwie i kwestia boskości Jezusa (który, o czym warto wspomnieć,
jest dla muzułmanów drugim po Muhammadzie najważniejszym i wielce szanowanym prorokiem - ale nie Bogiem). Na pożegnanie obdarowano nas
całym plikiem broszur i książeczek o islamie oraz dwoma egzemplarzami Koranu z równoległym tekstem arabskim i angielskim. Pobyt w centrum był
bardzo przyjemny, dyrektor i jego pomocnicy byli niezwykle uprzejmi i otwarci. Na
szczęście przejście na islam nie było warunkiem koniecznym pożegnania w miłej atmosferze... W końcu Abdul Bari dał znak, że powinniśmy iść,
ponieważ zbliża się pora Al-Maġribu, czyli wieczornej modlitwy. Udaliśmy się w kierunku pobliskiego meczetu...
Nie-muzułmanom generalnie nie udaje się wejść do meczetu, nawet na jego dziedziniec. Trochę niepewnie więc kroczyliśmy za maszerującym szybkim
krokiem Abdul Barim. Jeszcze na niewielkim dziedzińcu zdjęliśmy buty, które schowaliśmy do niskich, ponumerowanych szafek ciągnących się wzdłuż
ścian meczetu. Nasz przewodnik polecił nam usiąść w rogu sali modlitw, sam zaś udał się na przód sali, w pobliże kilkunastu imamów prowadzących
modlitwę. Z biegiem czasu do środka wchodziło coraz więcej osób, w szczytowym momencie modliło się ich w sumie około 200. Zerkali zaskoczeni w
naszym kierunku, ale nikt nie był oburzony naszą obecnością - chyba fakt, że przybyliśmy z Abdul Barim był naszym ochronnym glejtem. Ada była
szczególnie zaskoczona - wśród tego tłumu mężczyzn była jedyną kobietą, do tego nie-muzułmanką... Jak się później dowiedzieliśmy, muzułmanki
nie mogą wchodzić do sali w której przebywaliśmy - była ona przeznaczona wyłącznie dla mężczyzn. Kobiety miały swoje miejsce modlitw na dachu
budynku lub na zewnętrznym dziedzińcu.
Naszą obecnością szczególnie zainteresowała się grupa czterech młodych, bardzo sympatycznych chłopców. Podeszli do nas i podekscytowani
zaczęli z nami rozmowę. Byli wyraźnie przejęci tym faktem i postanowili służyć nam za "przewodników" po meczecie. Ponieważ Błażej rozmawiał
z nimi po arabsku, przynieśli nam dwa egzemplarze Koranu i inne księgi, abyśmy mogli śledzić przebieg modłów i czytań. Po jakimś czasie starszy
pan, który był "dozorcą" meczetu i jednocześnie nauczycielem w miejscowej szkółce koranicznej, przyniósł nam butelkę wody do picia.
Dużym zaskoczeniem dla nas było zachęcenie ze strony jednego z chłopców do zrobienia zdjęć z przodu modlących się ludzi, w tym także prowadzącym
modlitwę imamom. Błażej był zaskoczony tą propozycją, ale chętnie poszedł na przód szeregów siedzących po turecku muzułmanów. Jako że wszyscy
dookoła siedzieli, sposobność do robienia zdjęć i nakręcenia krótkiego filmu była znakomita...
Jak się dowiedzieliśmy w międzyczasie, modlitwa wieczorna tego dnia była wyjątkowa, ze względu na obecność specjalnego gościa, na którego czekali
wszyscy studenci Koranu. Był to główny kadi (sędzia) Jemenu, słynny i wielce szanowany alim (uczony muzułmański). Wyróżniał się swym lśniącym bielą
strojem i sędziwym wiekiem. Abdul Bari obiecał nam krótką rozmowę z szacownym mężem, która faktycznie miała miejsce po opuszczeniu przez nas
meczetu, ale była bardzo krótka - dostojny kadi, otoczony przez dziesiątki uczniów nie miał dla nas zbyt wiele czasu...
Następnie zostaliśmy jeszcze zaproszeni przez Abdul Bariego do jednego z lokali na pysznego falafela. Poznaliśmy wówczas jeszcze jedną
sympatyczną osobę - jego przyjaciela Ramadana, 27-letniego nauczyciela języka angielskiego w jednym z sanańskich instytutów. Okazał się on
bardzo otwartym i ciekawym świata człowiekiem, do tego mówiącym dobrze po angielsku, więc z chęcią przyjęliśmy zaproszenie do złożenia wizyty w jego domu
w dniu następnym...
|

Dzieci były zawstydzone, kiedy robiliśmy im zdjęcia...

Abdul Bari (pierwszy z prawej)

Mężczyźni powoli schodzili się do meczetu...

Zainteresowali się nami sympatyczni chłopcy...

Modlitwa rozpoczęła się

Podczas modłów...

Podczas modłów...
|